Prof. dr hab. Marek Karwala zmarł 13 lutego 2020 r.
WYDARZENIA - Brzesko
niedziela, 08 marca 2020 13:22

Marek Karwala urodził się w Okocimiu. Ukończył technikum i zdał maturę w Zespole Szkół Mechaniczno-Elektrycznych w Brzesku. Studiował polonistykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej (obecnie Uniwersytet Pedagogiczny im. Komisji Edukacji Narodowej) w Krakowie. W r. 1982 podjął tam pracę – w Instytucie Filologii Polskiej. Najpierw na stanowisku asystenta, potem jako adiunkt. Jego zainteresowania badawcze skupiały się wokół dwóch obszarów – poezji współczesnej oraz sztuk plastycznych. W licznych książkach, artykułach i wykładach sporo miejsca poświecił analizie twórczości ks. Jana Twardowskiego, Józefa Barana, Zbigniewa Herberta i Adama Ziemianina. Przez wiele lat był  jurorem wojewódzkiego etapu Olimpiady Literatury i Języka Polskiego, współpracował ze Śródmiejskim Ośrodkiem Kultury w Krakowie, gdzie prowadził wykłady z zakresu literatury współczesnej oraz warsztaty literackie. Wielokrotnie był jurorem i przewodniczącym jury w konkursach literackich oraz recytatorskich, współorganizatorem i uczestnikiem krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych, prowadził wykłady dla studentów w Sztokholmie i Wilnie. Współpracował z wieloma stowarzyszeniami, fundacjami i instytucjami. Za zasługi w zakresie dydaktyki został odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej. Był autorem 296 haseł encyklopedycznych z zakresu literatury światowej dla Encyklopedii PWN.

 


Wspomnienie o Marku  
Z Ryszardem Ożogiem i Kazimierzem Brzykiem rozmawia Mirosław Kowalski
Siedzimy sobie w przytulnej kawiarni i w miłym otoczeniu próbujemy wrócić myślami do czasu, gdy Marek jeszcze był wśród nas.

Od jak dawna znałeś Marka?
Spotkaliśmy się po raz pierwszy w 1980 roku w Krakowie, wówczas to poznałem jego siostrę, późniejszą moją żonę Anię. To dzięki niej miałem możliwość spotkać Go na swej życiowej drodze. Ania rozpoczynała wtedy studia, a Marek właśnie je finalizował. Pierwszy kontakt był dość sztywny. Marek zlustrował mnie badawczym wzrokiem i bez zbędnych ceregieli przeszedł do rozmowy z… siostrą. Nie przypuszczał, że będziemy kiedyś szwagrami. Trudno powiedzieć, co o mnie pomyślał? Miałem możliwość znać go przez następne czterdzieści lat i z całą pewnością wzbogacił moje życie, zwłaszcza w dziedzinie szeroko pojętej humanistyki.
Kazek, w twoim przypadku było inaczej, to twój przyjaciel od czasów dzieciństwa?
Tak, obaj z Markiem pochodzimy z Okocimia i znaliśmy się od najmłodszych lat. To był wspaniały kompan, niezmiernie towarzyski, podobnie jak i ja był pasjonatem sportu. Każdą wolną chwilę poświęcaliśmy na zabawy sportowe, w których chcieliśmy dojść do mistrzostwa. To był czas gomułkowskiej szarości, w której sport dawał  możliwość poczucia szczęścia i myśmy tego doświadczali. Wśród nas był też Janek Blecharz. Byliśmy wychowani w bliskości Kościoła, pod urokiem legendarnego proboszcza, księdza Franciszka Kazka i zupełnie niesamowitego wikarego, księdza Józefa Puchały. Jako ministranci, a później lektorzy, obok formacji religijnej pobieraliśmy obowiązkową naukę… gry w brydża. W moim przypadku znajomość tej dyscypliny zaowocowała tym, że znakomitą część wolnego czasu w szkole średniej spędzałem przy kartach i zaraziłem tą pasją prawie całą społeczność internatu, czyli ponad 150 osób.

Dzieciństwo mijało i należało wybrać szkołę średnią. Jakich dokonaliście wyborów?
Każdy gdzie indziej. Marek poszedł na „Zielonkę”, do technikum, Janek do liceum, a ja do Zabrza na Śląsk, do szkoły górniczej, bo… marzyłem o grze w Górniku Zabrze i  jako młody chłopak chciałem się wyrwać z domu. Przypuszczam, że Marek chyba średnio się mechaniką interesował, ale uczniem był bardzo dobrym. To były czasy, gdy ważny był konkret i zawód mogący zapewnić start życiowy – szczególnie dla nas, chłopaków ze wsi. Oczywiście, po maturze wszystko się kompletnie pozmieniało. O ile wybory szkoły średniej w tych czasach były często powodowane emocjami, to kierunki studiów wynikały z głębokich przemyśleń. Tak było w przypadku  Marka, który wybrał polonistykę, a Janek poszedł w kierunku psychologii. Moja decyzja o wyborze geografii dokonała się za sprawą Marka w pociągu między Brzeskiem a Krakowem, kiedy wracaliśmy po świętach – on na uczelnię, a ja do szkoły. Wystarczyła jego relacja, jak fajnie mają jego koledzy z pokoju studiujący geografię, żeby zdecydować się zmienić górnictwo na AGH na kierunek, z którym nie miałem do czynienia w szkole średniej. Decyzję podjąłem na miesiąc przed maturą. Do dzisiaj wspominam to wydarzenie, bo ono zdeterminowało całe moje późniejsze życie i postawiło mnie w tym miejscu, w którym jestem.

No właśnie, jesteście na studiach w Krakowie i co dalej z waszą dziecięcą przyjaźnią?
Mirku, ona dotrwała do 13 lutego do ostatnich chwil życia Marka. Oczywiście, były momenty, w których widywaliśmy się częściej bądź rzadziej, ale miejsce naszego urodzenia i domy rodzinne w Okocimiu swoiście nas zespalały. Również i zamiłowanie do sportu, było czynnikiem integrującym. Z Markiem najczęściej spotykaliśmy się na korcie tenisowym, na boisku piłkarskim, a zimą na nartach. Każdy z nas miał swoje priorytety i zainteresowania, którym się poświęcał. W czasie studiów wiedliśmy w miarę ciekawe i dość wesołe studenckie życie. Marek namiętnie poświęcał się literaturze i kulturze, to był jego żywioł. Po studiach został zatrudniony na uczelni. W weekendy często udawało nam się spotykać, a Marek czasami „przywoził” do Okocimia swoich znakomitych kolegów z uczelni, dzięki czemu krąg wspólnych znajomych mocno się poszerzał. W połowie lat osiemdziesiątych w Okocimiu pojawił się Rysiek, mąż Ani. Również i do niego często przyjeżdżali jego nietuzinkowi koledzy, stąd nasze wspólne spotkania były bardzo interesujące.

Ryśku, czyli zaczynałeś wrastać w brzeskie pejzaże.
Tak, Ania nie chciała mieszkać w Krakowie, chciała wrócić do „siebie”, to dla mnie do dziś niezmiennie frapująca obserwacja, że ludzie wywodzący się z Brzeska i okolic mają tak ogromny sentyment do tych stron. Marek był tego ewidentnym potwierdzeniem. Człowiek krakowskich salonów, mający rozliczne kontakty ze środowiskami literackimi, malarskimi i artystycznymi, wspaniale tam funkcjonujący, nie wyobrażał sobie jednak życia bez Okocimia. Tu „ładował akumulatory” wśród wspomnień z dzieciństwa i widoków, które i na mnie robią wrażenie. Doskonale go rozumiem, przecież wychodząc przed dom mógł – przy dobrej pogodzie – oglądać niesamowity pejzaż górski z Tatrami. Podczas naszych licznych spacerów po okolicy wygłaszał – i to w pełni adekwatne słowo – mini wykłady o malarstwie, literaturze, teatrze, filmie. Mieliśmy zatem swoistą wszechnicę przy każdej nadarzającej się sposobności. Mówił w sposób szalenie sugestywny, piękną polszczyzną, a jego słowa były nader misternie dobierane, z wręcz inżynierską precyzją. Oczywiście dalej kluczową motywacją jego pobytów w Okocimiu był wcześniej umówiony pojedynek na korcie lub mecz piłki nożnej na Orliku. Na tę aktywność można było go namówić nawet wtedy, gdy przywoził mnóstwo zaległej pracy, recenzji prac magisterskich, opracowań wystaw malarskich itd.


A jego naukowe osiągnięcia robiły na was wrażenie?
To zrozumiałe, że tak. Oczywiście najbardziej dumna z jego sukcesów była i jest mama Marka. Natomiast on sam był bardzo powściągliwy i uważał, że jeszcze ma niezmiernie dużo do zrobienia, niestety już nie będzie w stanie tych planów zrealizować. Zostawił po sobie bardzo dużo dokonań, ale rzecz chyba nie w tym, by je wymieniać, na pewno daleko lepiej i więcej potrafią powiedzieć na ten temat jego koledzy z uczelni. Dla mnie istotne jest to, czego dokonał jako człowiek. Nie założył swojej rodziny i pozostał kawalerem, a był człowiekiem niesamowicie rodzinnym i wrażliwym. Żarliwym uczuciem obdarzał mamę, brata i siostrę, również bardzo cieszył się osiągnięciami siostrzenicy, siostrzeńców i bratanka. Zawsze mogli na niego liczyć. Najprościej mówiąc, był szlachetnym człowiekiem. Wszechstronnym erudytą i – o czym nie wszyscy wiedzą – chodzącą encyklopedią sportu. On pamiętał większość wyników i rekordów z wielu sportowych dyscyplin. Dla mnie to było niepojęte. Na tym polu nie sposób z nim było konkurować. Mówiąc otwarcie, w dyskusjach zawsze był niesamowicie zasadniczy i pryncypialny, stąd łatwo nie było.


Zaraz, zaraz, ale właśnie przypominam sobie jak kiedyś obaj wspominaliście, że różnicie się z Markiem w poglądach politycznych. Czy istotnie tak było?
Tak, to prawda. Marek był człowiekiem o poglądach ultraprawicowych i w tym zakresie nie uznawał żadnych kompromisów. Był też gorliwie praktykującym katolikiem i również w tym obszarze jego determinacja nie podlegała dyskusji. Podkreślić należy, że niekiedy ponosił z tego tytułu niezbyt miłe konsekwencje, ale taki był. Nie uznawał konformizmu, nie był koniunkturalistą, stąd nie było mu z tym łatwo żyć. Ostatnie lata, gdy w kraju różnice w politycznych poglądach doprowadziły do drastycznych podziałów wśród starych przyjaciół, nawet w rodzinach relacje interpersonalne bywały niekiedy lekko nerwowe. Na szczęście ludzie posiadający pewien sznyt kulturowy potrafią się różnić, zachowując kindersztubę. Stąd szanowaliśmy jego nieprzejednaną postawę, mając świadomość, że wynika ze szczerych przesłanek ideowych. Marek był idealistą, wierzącym gorąco, że ludzie głoszący prawe hasła i podpierający się autorytetem Kościoła są prawi nie tylko w semantycznym znaczeniu. Na szczęście starał się nie mieć nic wspólnego z czynną polityką.


Tak zupełnie nic?
No nie, niestety nie było tak dobrze,  praktycznie w tamtych czasach to było prawie nie do uniknięcia. W latach osiemdziesiątych wychodząc z nabożeństwa z Kościoła w Nowej Hucie znalazł się w grupie demonstrującej z okazji Święta 3 maja i… wylądował w areszcie. Przez wiele lat współpracował też z wydawnictwami drugiego obiegu i pamiętam zabawny epizod, gdyśmy wspólnie zakopywali, a po kilku latach odkopywali „bibułę” w ogrodzie w Okocimiu. Stare dobre czasy i patrząc z dzisiejszej perspektywy, brzmi to nieco „oldskulowo”. Marek miał chyba świadomość, że jest zdecydowanie zbyt idealistyczny i dlatego nie potrafiłby zdzierżyć polityków, stąd  też specjalnie się w czynną politykę nie angażował.


Jak spróbujemy podsumować naszą wspomnieniową rozmowę?
Widzisz Mirku, znamy się od lat, doskonale wiesz, że my jesteśmy ubabrani polityką, a to  pazernie zazdrosna pani, która na swój sposób dewastuje i pożera człowieka, wymaga ciągłych kompromisów i godzenia się na tzw. „mniejsze zło”. To szalenie trudne, a dla ludzi takich jak Marek najzwyczajniej niemożliwe. Marek pozostał kawalerem nie tylko w kategoriach stanu cywilnego, ale szczęśliwie nie dał się wciągnąć w ożenek żadnemu politycznemu ugrupowaniu.  To był – jak już Kazek wspomniał – doskonały kompan, niezrównany biesiadnik, opowiadacz anegdot i dowcipów z aktorską interpretacją. Mieliśmy obaj to szczęście, że uczestniczyliśmy w setkach, a może i tysiącach wspólnych imprez, na których Marek nie tylko dzielił się z nami swoją erudycją, lecz również bawił nas swym wyrafinowanym poczuciem humoru. Aby zakończyć w jego stylu, po prostu Go zacytuję: „Słuchajcie, nie przyszedłem tu po to, aby się chwalić, ąle…”. Ci, co Go znali najlepiej wiedzą, jak rozległe powinno być owo „ale”.

(mir)


Komentarze (0)

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

busy
 

pr042020

arteon

Ostatnie komentarze

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach reklamowych i statystycznych oraz dla indywidualnych potrzeb użytkowników zgodnie z Polityką Cookies. Możesz je wyłączyć/zmienić w ustawieniach przeglądarki. .